Historia niezwykłych pierników Sióstr de Notre Dame

Pierwsze pierniki siostry zakonne upiekły z konieczności, trochę przez przypadek. Miały mąkę, masło, a nie miały pieniędzy by zapłacić robotnikom, który pomagali im w remoncie szkoły. Podarowały im pierniki, a ci nie mogli się najeść takie były pyszne. I choć od tego czasu minęło 180 lat ich produkcja wciąż jest podobna. Wszystko robi się ręcznie. Mikser i pośpiech to wrogowie pachnących ciastek.

Masz zdjęcie do tego tematu? Wyślij

(© Dariusz Gdesz)

- Ludzie mówią, ot piernik. Cóż za filozofia. Przepis nieskomplikowany, wydawać by się mogło każdy potrafi. A jednak trudno upiec takie ciastka jak nasze – mówią dumnie i z uśmiechem na ustach zakonnice ze Zgromadzenia Sióstr Szkolnych de Notre Dame ze Świebodzic i dodają że przepis przekazywany jest z pokolenie na pokolenia. Jednak najważniejsze przy wypiekaniu jest robić to z sercem. – Tu chyba jest największy problem, bo już niejeden próbował, a potem przychodził do nas i mówił, że chyba do ciasta dodajemy jakiegoś czarodziejskiego proszku, bo nasze pierniki o sto razy lepsze – żartują zakonnice.
I rzeczywiście. Na pozór wszystko proste. Ciasto składa się z mąki razowej, jaj, margaryny i cukru. Niezbędnymi dodatkami są: miód, przyprawy korzenne, kawa Inka, kakao i amoniak. Wszystko to razem powoduje, że ciasto jest zwarte, trwałe. I najlepiej, jak się je wyrabia rękami. Potem musi kilka tygodni poleżakować, żeby piernik pachniał jak należy korzeniami.
- Dzięki temu można go trzymać w pudełko cały rok i nic się nie stanie. Nadal będzie pachnący i smaczny - śmieje się siostra Olga, głównodowodząca przy produkcji pierników. Spotykamy się w Domu Opieki Społecznej od kilkudziesięciu lat prowadzonym przez siostry ze Zgromadzenia de Notre Dame. To duży, zabytkowy budynek nieopodal centrum Świebodzic. W środku krzątają się zakonnice i niepełnosprawne dzieci, które znajdują tu opiekę i fachową pomoc.
∨ Czytaj dalej

Od progu czuć zapach pierników. Idąc za nim jak po nitce do kłębka trafiamy do kuchni. W dużym pomieszczeniu na ogromnym stole pysznią się pierniki różnej wielkości i kształtu. Tradycyjne serca, gwiazdy betlejemskie, ale i niezwykłe, pomysłowe szopki, wykonane z piernika, lukru i rożnych spożywczych ozdóbek.
Co chwile do kuchni wbiega jakieś dziecko i prosząco patrzy na zakonnice. Te uśmiechają się tylko pod nosem i z przyzwoleniem kiwają głową. Na reakcje nie trzeba długo czekać. Dzieci łapią pierwsze z brzegu ciastko i wybiegają na korytarz.
- I tak od kilku tygodni. Początkowo zabraniałyśmy, teraz tylko wydzielamy, mówiąc, że objadanie się to grzech, ale jak widać na te małe łakomczuchy to nie działa – mówią siostry. Zaraz jednak jakby na usprawiedliwienie swoich podopiecznych dodają.
- Tym piernikom naprawdę trudno się oprzeć. Można na nich ćwiczyć silną wolę.
Produkcja piernikowych ozdób trwa tu pełną parą już od początku listopada, bo siostry przygotowują ciasto według starych receptur i ręcznie.
- Od mikserów ciasto łapie za dużo powietrza, a ono ma być gliniaste - zdradza tajniki siostra Olga. - Fakt, trzeba mieć dużo siły żeby wyrobić piernika, ale warto się namęczyć, bo potem jest smaczniejszy. Takie surowe ciasto w chłodnym postoi nawet rok, i nadal będzie się nadawało do spożycia.
Siostra dodaje, że tegoroczne zainteresowanie piernikami przerosły jej wyobrażenie. A wszystko dlatego, że piernik stał się produktem promocyjnym Świebodzic. Po raz pierwszy można go było kupić na ubiegłorocznym jarmarku świątecznym, a w styczniu tego roku piernik był prezentowany na Międzynarodowych Targach Turystycznych w Mannheim
- Nawet z Nowego Yorku dzwonią do nas do klasztoru i pytają czy można piernik zamówić – śmieje się zakonnica.
Do tej pory mało kto o piernikach wiedział, bo zakonnice co roku piekły piernikowe łakocie tylko swoich podopiecznych i dobrodziejów klasztoru. Ci drudzy uwielbiali tę formę podziękowania, czekając każdego roku na kosz pełen pachnących ciastek.
Takie słodkie podarunki miały ogromne znaczenie zwłaszcza w okresie II wojny światowej, kiedy to zakonnice pozbawiane były domów i uniemożliwiano im działalność apostolską. Musiały wtedy tułać się i szukać pracy w przebraniu. Nie rezygnowały jednak z nauczania dzieci. To był zawsze ich cel nadrzędny. Za udzieloną im pomoc, wynajęcie sal na lekcje płaciły piernikami. Mąki i jaj było w tedy pod dostatkiem, także masła. Na każdej wiosce były krowy. Korzenie zbierały same, a miód dostawały od pszczelarzy.

Małgorzata Moczulska Małgorzata Moczulska
źródło: Polska Gazeta Wrocławska

Więcej na temat

Komentarze (1)

avatar
avatar
benk (gość)

w pierniku? Chyba po to, aby rogatego stwora, ziejącego siarką - zawsztydzić sybtelnością zapachową...Brr..;-)

Wybierz kategorię