Listkiewicz i długi Widzewa
Marcin Rybak
2009-11-20 12:45:26
,
Aktualizacja
2009-11-20 12:47:09
Były szef PZPN usłyszał we Wrocławiu zarzuty od prokuratora. Podejrzanemu grozi teraz od pół roku do ośmiu lat więzienia.
Były prezes PZPN Michał Listkiewicz jest podejrzany o działanie na szkodę wierzycieli Widzewa Łódź.
Na jego polecenie pieniądze z PZPN, które powinny były trafić do ścigających Widzew komorników, zostały wysłane na konta prywatnej firmy należącej do jednego z właścicieli łódzkiego klubu Andrzeja G. Chodzi o przeszło 7 milionów złotych.
Takie są ustalenia wrocławskiej Prokuratury Apelacyjnej. Śledztwo dotyczące oszukiwania wierzycieli to jeden z wątków wielkiego futbolowego śledztwa, prowadzonego już piąty rok we Wrocławiu.
Wczoraj były prezes PZPN usłyszał zarzuty popełnienia przestępstwa. Grozi mu nawet osiem lat więzienia. Po przesłuchaniu został zwolniony do domu. Musi tylko wpłacić 60 tysięcy złotych kaucji.
- Czuję się niewinny - powiedział nam wczoraj Michał Listkiewicz. - O szczegółach rozmawiać nie mogę, bo prokuratura mi zabroniła.
Według naszych informacji Listkiewicz wczoraj nie chciał składać wyjaśnień. W najbliższych dniach przyjedzie do wrocławskiej prokuratury jeszcze raz na przesłuchanie, razem ze swoim obrońcą.
Zdaniem prokuratury Michał Listkiewicz w 2000 roku wydał polecenie, by pieniądze należne Widzewowi Łódź przekazywać firmie Andrzeja G. - dziś również jednego z podejrzanych we wrocławskim śledztwie.
W tamtych latach Widzew był zadłużony na miliony złotych. O należnie im pieniądze upominały się m.in. ZUS i urząd skarbowy. Konta klubu były zablokowane przez komorników.
Liczyli oni przede wszystkim na pieniądze za prawa do telewizyjnych transmisji, jakie płaciła klubom telewizja Canal Plus. Pieniądze z Canal Plus trafiały do klubów za pośrednictwem PZPN. Związek miał informacje o działaniach komorników i zablokowanych kontach. Mimo to pieniądze za prawa do transmisji do komorników nie trafiły.